
Po kilku godzinach zbliżyliśmy się do jakiegoś wzgórza. Don Juan usiadł i dał mi znak, abym zrobił to samo. Prześmiewczo dramatycznym tonem zapowiedział, że ma zamiar opowiedzieć mi pewną historię.
Powiedział, że pewnego razu młody człowiek, pozbawiony środków do życia Indianin, żył w mieście pośród białych. Nie miał ani domu, ani rodziny, ani przyjaciół. Przybył do miasta w poszukiwaniu szczęścia, a znalazł tylko nędzę i ból. Od czasu do czasu, gdy pracował jak muł, udawało mu się zarobić kilka centów, wystarczających jedynie na odrobinę jedzenia. W przeciwnym wypadku musiałby żebrać albo kraść.
Don Juan powiedział, że pewnego razu młody człowiek poszedł na plac targowy. Oszołomiony chodził w tę i we w tę, dziko patrząc na wszystkie zgromadzone tam dobra. Był prawie nieprzytomny, nie widział, dokąd idzie. Wdepnął na jakieś koszyki i wpadł na starego człowieka. Stary człowiek niósł cztery ogromne tykwy i właśnie usiadł, aby odpocząć i coś zjeść.
Don Juan uśmiechnął się znacząco i powiedział, że stary człowiek zdziwił się, kiedy młodzieniec wpadł na niego. Nie rozzłościł się, że mu przeszkodzono, ale zdumiał się, że zrobił to właśnie ten młody człowiek. Natomiast on rozzłościł się na staruszka i kazał mu zejść z drogi. W ogóle nie był zainteresowany ostatecznym celem ich spotkania. Wcale nie zauważył, że ich drogi się przecięły. Don Juan zaczął naśladować ruchy człowieka biegnącego za czymś, co się toczy. Powiedział, że tykwy starego człowieka przewróciły się i zaczęły się turlać po ulicy. Kiedy młodzieniec to zauważył, pomyślał sobie, że znalazł na ten dzień jedzenie. Pomógł staremu się podnieść i zaczął nalegać, że poniesie te ciężkie tykwy. Ten odparł, że idzie akurat do swojego domu w górach, ale młody uparł się, aby iść z nim, przynajmniej część drogi.
Stary człowiek wszedł na ścieżkę prowadzącą w góry i kiedy tak szli razem, podzielił się z młodzieńcem jedzeniem, które zakupił na targu. Ten bardzo się z tego ucieszył i kiedy już był syty zauważył, jak ciężkie są tykwy.
Don Juan uśmiechnął się chytrze i opowiadał dalej. Młody zapytał, co jest w tych naczyniach. Stary człowiek nie udzielił mu odpowiedzi, tylko rzekł, że ma zamiar poznać go z przyjacielem, który ulży jego smutkom, udzieli mu rad i przekaże wiedzę dróg tego świata.
Tu don Juan wykonał majestatyczny gest rękami i kontynuował opowieść. Stary zawezwał najpiękniejszego jelenia, jakiego młody człowiek kiedykolwiek widział. Zwierzę było tak oswojone, że podeszło do niego. Było świetliste i jaśniało. Oczarowało młodzieńca, który od razu poznał, że jest to "magiczny jeleń". Stary człowiek powiedział mu, że jeśli chce mieć takiego przyjaciela i jego mądrość, jedyną rzeczą, jaką musi zrobić, jest porzucenie tykw.
Grymas don Juana przedstawiał teraz ambicję; powiedział, że gdy młodzieniec usłyszał to, odezwały się w nim jego małostkowe pragnienia. Oczy don Juana zwęziły się w szatańskie szparki, gdy wypowiadał pytanie, które młodzieniec zadał: "Co masz w tych czterech wielkich tykwach?"
Staruszek spokojnie odpowiedział, że niesie w nich jedzenie: pinole i wodę.
Don Juan przerwał swoją historię i zaczął chodzić w kółko. Zrobił kilka okrążeń, a ja nie wiedziałem po co. Widocznie stanowiło to część opowieści. Zapewne tak prezentował rozważania młodego człowieka.
Młodzieniec oczywiście nie uwierzył w ani jedno słowo. Wykalkulował sobie, że jeśli stary, który niewątpliwie był czarownikiem, chce oddać "magicznego jelenia" w zamian za tykwy, to one same muszą być wypełnione niewiarygodną mocą.
Don Juan znów wykrzywił twarz w diabelskim grymasie i powiedział, że młody człowiek zdecydował się wziąć tykwy. W tym momencie nastąpiła długa pauza mająca chyba oznaczać koniec historii. Don Juan nadal milczał, jednak byłem pewny, że chce, abym zapytał go o to, co się działo dalej. Tak też zrobiłem.
- Co się stało z tym młodym człowiekiem?
- Zabrał tykwy - odparł z uśmiechem satysfakcji.
Znowu nastąpiła długa pauza. Zaśmiałem się. Pomyślałem sobie, że tak musi wyglądać prawdziwa indiańska historia.
Oczy don Juan miał błyszczące, kiedy po chwili uśmiechnął się do mnie. Wyglądał jak wcielenie niewinności. Zaczął się śmiać i zapytał mnie:
- Czy nie chcesz wiedzieć, co było w tykwach?
- Oczywiście, że chcę. Wydawało mi się, że to już koniec opowieści.
- Ależ skąd - powiedział z figlarnym błyskiem w oku. - Młody człowiek zabrał tykwy i pobiegł w ustronne miejsce, aby je otworzyć.
- I co w nich znalazł? - zapytałem.
Don Juan spojrzał na mnie i poczułem, że był świadomy, że nieźle gimnastykuję swój umysł. Pokiwał głową i zachichotał.
- No więc - przynaglałem go. - Czy tykwy były puste?
- W tykwach było tylko jedzenie i woda - powiedział. - I młody człowiek w przypływie gniewu rozbił je o skałę.
Powiedziałem, że jego reakcja była całkiem naturalna, każdy na jego miejscu zrobiłby to samo.
Don Juan odparł, że młodzieniec był głupcem, który nie wiedział, czego szuka. Nie wiedział, czym jest moc, więc nie mógł poznać, czy ją znalazł, czy nie. Nie przyjął odpowiedzialności za swoją decyzję i dlatego wybuchnął gniewem z powodu popełnionego błędu. Spodziewał się coś zdobyć, ale nie dostał niczego. Don Juan spekulował, że gdybym to ja był tym młodzieńcem i postępował zgodnie ze swoimi skłonnościami, skończyłbym podobnie: wściekły i z wyrzutami sumienia. Niewątpliwie spędziłbym resztę swojego życia, użalając się nad sobą i nad tym, co straciłem.
Następnie wyjaśnił postępowanie starego człowieka, który sprytnie nakarmił młodzieńca, aby zapewnić mu odwagę pełnego żołądka. Dlatego też, kiedy znalazł w tykwach tylko jedzenie, rozbił je w napadzie gniewu.
- Gdyby był świadomy swojej decyzji i przyjął za nią odpowiedzialność - powiedział don Juan - wziąłby jedzenie i byłby bardzo zadowolony. A być może nawet uświadomiłby sobie, że jedzenie także jest mocą.